Uwikłanie i splątanie
Umysł głęboki jest alogiczny. Świadomość posiada kilka poziomów czytelności treści.
Aż do świadomości werbalnej. Od... to opadający, niosący dobro, mały czarny punkt na faszystowskim niebie złej Hiroszimy. Mój prostacki polski umysł. Swędzący, rozpadający się, prawy płat skroniowy. Ryba psuje się od mózgu. Gdyby wszyscy myśleli o innych, nikt nie myślałby o sobie. Zdziczały humanizm. Napady paniki. Groteska. Moje ego jest więźniem własnej interpretacji rzeczywistości. Przykute do siódmego filozoficznego wymiaru. Co za syf! Samoświadomość to fałszywa projekcja. To gnida. Larwa tasiemca. Płód Oppenheimera. Czym jest jaźń? Jest wiatrem w klatce piersiowej, oddechem, powietrzem. Odorem gnijącej ryby nad Zalewem Sulejowskim. Pustką.
Wszędzie tylko pustka. Jakieś antropocentryczne gaworzenie. Też pustka. W Gdańsku wytwarzano z ludzi mydło, torebki i pierogi. Także pustka. W pustce mogę być kim chcę. Umysł ukształtowany po polsku, w typowo ludzki sposób. Z jaźnią przejawiającą się, ale poza kontrolą. Nic nie muszę robić, aby żyć. Oto moje ciało, które żyje samo. Jestem świadkiem życia mojego ciała. Zniewolonym świadkiem funkcjonowania umysłu. Samoświadomość, aż do znudzenia. Gadające ego, aż do znudzenia. Potężne zmęczenie wymuszoną homeostazą. Mój ludzki umysł, groteskowy, śmiesznie splątany, wymyślony, prymitywny. Uwikłany w banalne, natrętne emocje. Roztrzęsiony kabotyn. I jeszcze coś. Kopnięcia w mózg, aby tego wszystkiego nie doświadczać.
Wypycha z pustki uczucie głodu i parcie na pęcherz. Zajmuję się nimi i obserwuję, jak wzmacniają człowiekowatą nienawiść. Ego po wyjściu na ulicę. Jest mu zimno, obserwuję zimno. I krew z nosa. Czerwono-lejąca się i wzniosła, to kulturowo pożądany wstęp do humanizmu. Splątanie w obszarach analnych mózgu, zaciśnięte żyły i tętnice. Cała człowiekowata istota zawarta w umyśle ukrytym. I nienawiść. Decyzje zapadają przed uświadomieniem. Nerwem obwodowym pod wyrostkami kolczystymi kręgosłupa, docierają od wzdętych obszarów mózgu. Agresja przynosi wyzwolenie - zgodnie z równaniem rozpadu jądra plutonu 235U. Gdy ostatecznie implodują komórki szare w mózgu, jaźń wraca do domu.
Istnieje tylko to, co na zewnątrz. Jest to tak oczywiste, że aż śmieszy. Wewnątrz nie ma nic. Pustka przytłacza i rzuca na kolana. Zabiera wszystko. Do żył przetacza benzopireny
i substancje promieniotwórcze. Wypala kwarki i gluony. Aż łeb wraz umysłem ukręca przy drugim kręgu.

Pustka raz doświadczona, z tyłu głowy obecna już zawsze. I uwalniająca nienawiść.
Czysta, cudowna nienawiść. Czym byłoby ego bez nienawiści. Człowiekowatym atopowym zapaleniem skóry. Palcem trzymanym w odbycie przez chwilę.
Nienawidzę swojej polskiej wątroby. Kładę ją na podłogę obok. Przybijam gwoździami
i patrzę. Jak nienawiść zaświadcza o człowieczeństwie. Człowiekowata duma i moje zasrane polskie jelito grube. Zakwaszony polski żołądek. Pustka to wolność absolutna albo rak szyjki macicy. W żyłach płynie świat zewnętrzny. I śmieszne polskie erytrocyty. Rozpływają się na granicy niemyślenia, ropiejąc. Pustka ciała krwawi. Jest jak kobieta. A nawet cztery.
Jego strzeliste poglądy uformowano samowolnie. Sugerując istnienie substancjalnej świadomości. Ego wyrosło więc ponad tłumy. Próbowano spłodzić w nim Polaka.
A tam, co za niespodzianka, w jajnikach też pustka - i polska pisana z małej litery. Jak hemoroidy pochwy. Obserwuję kiedy on podnosi rękę i wkłada mięso do ust. Kiedy impulsywnie drapie się po głowie. Siedzi na krześle i nie przestaje mówić. Dzisiaj boli go głowa, bólem penetrującym, morderczym pulsarem błony śluzowej. Jego ból nie jest moim bólem. Jego myśli nie są moje. Pomiędzy pamięcią, a wyobrażeniem jutra. Krwawią człowiekowate właściwości we mnie.
Nie-ja kroi otępiałym nożem mięso. Jaźń nie stawia oporu. I wtedy - swobodny przepływ. Nie-ja jest wilkiem, psem, tfu, padliną. Moje mięso gnije. A z oczu cug analny, tęczówka paruje stęchlizną. Niczym usta pełne próchnicy. Implozja świadomości. Wszystko co przechodzi przez nie-ja. Gdy pochłania materię, ego identyfikuje się z rodziną. Na siedząco. Gdy na stojąco, z narodem. Zasysa patriotyzm, kaszankę i żeberka z kością. Nienawiść penetruje głębokim wdechem. Nie-ja wchłania człowiekowatość i pół litra wódki.
Pokarmy przychodzą i odchodzą. Płyny przychodzą i odchodzą. Myśli przychodzą i odchodzą. Powietrze przychodzi i odchodzi. Przedmioty. Emocje. Przepływy. Ego stawia opór. Świadomość myśląca - ekran - wewnątrzczaszkowe uwikłanie. I opór. Wolność od bycia Polakiem. Do pustki. Świadomość pusta - ostateczne uwolnienie i przepływ. Jestem żywym mięsem. Trzymam w ręku żywe mięso. I wciąż niezaspokojone ego. We Wszechświecie jest jeszcze miejsce dla milionów Josefów Mengele. Zgodnie z prawem przepływu Mengele jest OK. Tak samo jak stwardnienie rozsiane, gdy glikokortykosteroidy zalewają mózg deliryczną galaretą. Demielinizacja umysłu. Neurony perforują synapsy. Świadomość wycieka na zewnątrz. Ego traci formę na krawędzi pustki. Jest tylko on. To on podnosi szklankę do ust, on mówi i odbywa stosunki. Obserwuję jak oddycha i planuje doświadczenia. Tam, gdzie nie tak dawno było ja. Jest mięso. On wyciąga członka i onanizuje się. Erozja samoświadomości do poziomu cząsteczkowego. To nic szczególnego. To tylko sens. Sens wszystkiego. Przyglądam się mu panicznie. To ja jestem Josef Mengele.
Samoświadomość formuje się gdy umysł stawia opór. Opór w każdej kolejnej sekundzie. Istnieję tylko poza ciałem. W środku nie ma nic. Może jedynie... wcielone złudzenie. Ucieleśniona świadomość. I lęk. Rozdęte człowiekowate żołądki - puste. Fetor usuwanych wydzielin, ot metafizyka mięsa z kością. Pochylona nad miską rozplątuję jajowód złotym nożem. Drażniąc ostrzem pobudzam oziębłe jajniki. Tak, abym mogła urodzić się na nowo. Wszystko co przechodzi przeze mnie, zostało zapłodnione. Żyły w których płynie świat zewnętrzny - lęk w podbrzuszu i ból ciała. Escitalopramem napełniam po brzegi.
Przestaje być człowiekiem w ogóle. Pustka scala materię z antymaterią, prawdę z fałszem, matematykę z filologią. Śmierć z inseminacją, morderstwo z metafizyką. W pustce matka zabija dziecko, siostra brata zabija złotym nożem. W pustce krew napełnia wodociągi. Szukając sensu przepływu, mięso z kością reaguje na ból i pół litra Whiskey z Tennessee. Łyżką złotą wątrobę szlachtowałem na trzy, wyciskając skwaśniałą już fluoxetynę na cztery.
W pustce religie fermentują na dnie komunizmu. A demokracja jest jak wymiętoszony jęczmień na brodawce lewego sutka.
Wystarczy lekko przytkać tętnice szyjne. Tak, Panie Nietzsche(Niecki) wiedziałam, że idą zaraz pod skórą. Jak mucha pod słoikiem, wyrwałam jej trzy nogi i uczę historii Polski. Usłyszą to nawet kurwy w Sądach Rejonowych. Nienawidziłam za to, że czułam się polską świnią, śmierdzącą Polką. I moja macica-chrzcielnica, którą wyczyściłam z dwóch Polaków. Spomiędzy słowiańskich pośladków, jeden od Marchlewskiego, drugi dla Dmowskiego. Człowiekowate, polakowate. Mięso z kością nie identyfikuje się z płytką polkopochwą. Na obrzeżach podświadomości w okolicach lewego ślimaka i owszem. Ludziowatym wydaje się, że mogą mnie wykorzystywać, ale swoje ego uruchomić mogę w każdej chwili. Nawet gdy pewni są już, że skutecznie zapładniają moją głowę.
Uwikłana w ogólnie dostępną rzeczywistość, której właściwie nie rozumiem. Przejmując władzę nad splątanym mózgiem wzbierający prędkościomierz łóżka to tylko erekcja współbieżna siła, która to wszystko jednym łukiem lęk trzeci z kolei odcień czerni zagarnie. Trzykrotnie pod skórą uciszając opór. Zatrzymaną akcję serca mój głębokoklatkowy uraz piersiowy przywraca hormonalną terapią testosteronem jak każdej zatrzymuje powietrze
w płucach to bąbelko-baloniki na sztyletach emocji. Mordercy kwiatów uwikłani
w kobiece zniewolenie cyklem intuicyjnie stoją w przeciągu krwi z palcami sklejonymi wilgocią. Patrzą, kiedy zsunięta podpaska odsłania marskość macicy.
Istnieje tylko to, co na zewnątrz. Słońce, deszcz, nerki czy oko. Nadal słabo poznany ład psychiczny, teraz powstawać będzie na nowo. Sprawdzam czy już smakuje pod pachami.
Moje ego potrzebuje dramaturgii. Najlepiej podczas państwowego hymnu, dla oporu rozpina spodnie i zsuwa z bioder. Potem dokuczają znów te same myśli, robię ich modele w woskowinie. Coś jak zaproszenie na terapię lub na tomografię. Umieranie jest kognitywnie przyciągające. To wsłuchiwanie się w spaliny wydychanego powietrza. Które odpływa kreskami sekund.
Szczęście jest nietypową formą cierpienia. Ego doświadcza go męcząc się chronicznym dobrym samopoczuciem. Niczym charyzmatyczny onanizm, mięso z kością mężnieje po każdym wytrysku nienawiści. Wykazuje się znajomością socjologicznego opisu - ego, konsument kulturowej pulpy dwudziestego pierwszego wieku. Na prawo i nieco powyżej od sklepienia ciała modzelowatego, pomiędzy ego i jaźnią, słyszane są dźwięki, ale nie rozpoznawane. Rzeczywistość widziana, ale nie rozpoznawana. Przedmioty same w sobie, pozbawione funkcjonalności. Sensu i przeszłości. Mięso z kością, pochylone nad talerzem, odkrojony srebrnym nożem płat skroniowy umieszcza w przełyku. Konsumpcja kompulsyjno-impulsywna. Otwiera przestrzeń dla ścierających się subiektywności.
Gdy ciało znika razem z nim odpływa ego. Zajmowaliśmy miejsce na Piotrkowskiej czekając na Godota. Po wejściu w pustkę. Czas eksplodował bez tandetnych fajerwerków. A później. A później obraz rzeczywistości doświadczanej bez ego. Gdzieś pomiędzy płytszą fazą a głębszą. Nieobecne współodczuwanie ani jakiekolwiek emocje. Oddzielenie ciała od umysłu. Wyluzowana nieobecność odkrywająca kosmicznie obiektywną rzeczywistość; coś jak lekki przymus masturbacji.
Rozpadająca się subiektywność - odsłania rzeczywistość pierwotną i ostateczną.
Rzeczywistość mentalna i rzeczywistość obiektywna. Postrzeganie zanieczyszczone subiektywnością. Mój człowiekowaty umysł ze swoją fałszującą obraz świata świadomością. Dziwoląg. Przywiązany do samoświadomości. Jeden z miliardów. Podatnych na religijne faszyzmy. Patriotyzmy. Uwikłanych w codzienność. Przerażonych śmiercią. Pretensjonalny egocentryk.

Zmęczenie odczuwaniem ego. Jest wstępem do wyzwolenia. Ego chwieje się. Najpierw przestaje bredzić i w końcu zdycha. A wtedy zjawia się ona. Nibbaniczna pustka. Jest w niej coś szczególnego. Nie przyjemność - przyciąganie. Jeszcze kilka krótkich wdechów. Subiektywny świat odpływa. Ze wszystkimi jego trupami.
Pustka nibbany - pozbawiona emocji, prosta, oczywista. Moje ego stało się antypatriotą, doprowadzone do spazmów śmiechu. Dla wyższej jaźni współodczuwanie widziane jest
jako poruszenie ego. Pustka nibbany odsłania rzeczywistość pozbawioną ludzkiej perspektywy. Dzięki niej widać, że to ego jest elementem scalającym ludziowatych w społeczeństwo. Jak Galaktyka Andromedy obserwowana poprzez ludziowate oko.
W pustce nibbany doświadczany świat jest światem obserwowanym przez trupa. Rzeczywistość porażająca hiperobiektywnością. Bezczasowa prezentacja przeszłości i przyszłości. Świat anonimowych ludziowatych, których codziennych dróg wyższa jaźń nie antycypuje, których motywacja jest bełkotliwa, których rzeczywistość jest obca. Stał się niedostępny. Ludziowate z samoświadomością niewolników. Niewolników systemu w którym funkcjonują okazały się jeszcze jedną osobliwością Wszechświata. Namacalną jest tylko aktywność. Przedświt nowego świata. Awangarda niepodległej świadomości.
Awangarda nowej, niepodległej świadomości. Moje ego opuszcza ciało w pustce nibbany. Opuszcza je etyka. Moralność i inne ludziowate dziwactwa. Opuszczają je wojny, politycy
i kurwy w sądach rejonowych. Josefa Mengele matki kochają tak samo jak swoje dzieci. Ulicami przemieszczają się uwikłane, bezimienne sylwetki.
Stara cywilizacja musi odejść. Stara świadomość musi umrzeć. Świat w pustce nibbany nie jest światem wegan, ani obrońców przyrody. Nie jest światem humanistów. Tam syn zabija matkę tak naturalnie jak matka zabija dziecko, prosto i zwyczajnie. Wnętrzności rozcięte nożem są tylko obrazem. Ból to grymas na twarzy. Rozdzierający krzyk to fala akustyczna. Cokolwiek wydarza się, jest na swoim miejscu.