obrazy 4
Człowieczeństwo jest urojeniem stworzonym przez ego. W nibbanicznej pustce Cohsai-pustelnik przestaje być człowiekiem. To co na zewnątrz poznającego i to co wewnątrz jest tym samym. Człowieczeństwo jak narkotyczna wizja.
Cohsai-pustelnik wewnątrz nibbanicznej pustki. Ostatecznie jest ona dla wszystkich taka sama. Nie jest nawet podobna, jest identyczna. W sypialni palców. To ta sama rzeczywistość. W sypialni oczu. Z perspektywą mięsno-kostną.
W nibbanicznej pustce - ludzie jak mrówki. Jeśli nie próbowałaby znaleźć jej samodzielnie, nie znalazłaby jej nigdy. Zabiła wszystkich nauczycieli. Nie podążała ścieżką, taką ma właściwość.
Otępiały umysł, zmęczony i zniechęcony umiera. Depozytariusze jedynie słusznej drogi do pustki nibbany. Cohsai zabiła ich wszystkich.
Ego nie przejawia się już, ale jednak jeszcze JEST. Stan w którym rzeczywistość zmienia smak i konsystencję. Stan uwolnienia od człowieczeństwa. Nic już nie będzie dla Cohsai takie samo. Podstawa rzeczywistości uległa zmianie. Pustki nibbany nie można już pominąć.
Krystalicznie czysty umysł, bez splamienia humanizmem. To psychosfera idealna Cohsai. Aby zapanować nad ego, Cohsai nie ientyfikuje się z działaniami podświadomości. Uwikłana w rzeczywistość, Cohsai nie bała się śmierci, bała się wycia swojego ciała.
Samoświadomość jest emocją Cohsai. Myśli są jej trzecią nogą. Emocje trzecią ręką. Tak jak u Charlyn Marie Marshall wolna wola, Cohsai powstrzymuje instynkt identyfikacji. Widać wówczas jak paznokcie samoświadomości rosną coraz szybciej.
Cohsai nie jest już zagubiona między życiem a śmiercią. Każdą jej aktywność wywołuje napięcie. To nieprawda, że Cohsai nie ma dostępu. Samoświadomość jest oporem. Aby wykonać najprostszą czynność Cohsai tworzy cały szereg oporów. Bez oporów Cohsai za każdym razem umiera. Wtedy gdy czas przestaje płynąć.
Doświadczał ich w rzeczywistości równoległej. To tak, jakby młotek uczynić obiektem kultu. Nibbaniczna pustka służy do wbijania gwoździ.
Cohsai nie urodził się, Cohsai został urodzony. Organizm odżywia się, wydala i uprawia seks bez zgody Cohsai. Jest paskudztwem. Wtórnym paskudztwem. Zlepkiem osobowości, z którymi się zetknął. Cohsai, realizuj swoje świetliste spalanie. Tam, gdzie w tym wszystkim jesteś.
Coś jest nie tak. Wszystko co ma - ciąży w niej. Wszystko co ma - ciągnie ją za nogi. Wszystko co ma - rodzi przemoc. Cohsai rodzi krew. Właśnie to robi. Wszystko co ma - gotowa na umieranie. Wszystko co ma - rzeczywistość bez identyfikacji. Dla Cohsai jedyna.
Nie ma słuchającego, są tylko dźwięki. Nie ma oglądającego, są tylko obrazy. Pytanie o sens istnienia, to typowo ludzkie pytanie. Dla wolności od społeczeństwa. Wolności od człowieczeństwa.
Dwudziesta dwadzieścia dwie. Jest nienasycona, ale tylko wtedy gdy jest głodny. Teraz
zbliżenie to dla niej pogwałcenie samotności. Ze strachu o brak pewności siebie, swój dzienny utarg zanosiła hurtem do mężczyzny. Neuroprzekażniki w mózgu, gdzie Polacy wynajmują pokoje na godziny. Od kiedy rozpadła się jej historia. Jakież w nocy ścigały ją skurcze i padały ciosy. Identyfikacja wlewa ból nieustającym gwałtem. Nie jest kimś jak
o sobie myśli. Mówiła do niego. Od archetypiczny do zniewalający atawizm. W okolicach
nacjo-wykwitu. Chce! Miota się i patrzy. Szarpie się i obserwuje. Dwudziesta. Dwadzieścia. Trzy.
Więzień perspektywy od zewnątrz. Jest pusty. Jak pieczęć przeszłości można było zmienić kilogramami drobnych kroków. Zagłusza musujący mózg nie ulegając przesądom. To nieuchronnie oddala Cohsai od ojców. Do czasu, aż odpowiedzialność zdejmie psychiatra. Jeszcze światłowstręt, mdłości, ledwie porusza głową. Jakby miał w mózgu jedną wielką ranę. Chciał, aby matka brała go w obronę i mówiła to nie twoja wina. Dwa geny skłaniają ku trzeźwości, a trzy inne nie. Reaguje podwyższeniem tolerancji na Wellbutrin. Czasami mówi coś o samotności samoistnej. Pokusa mocy szlifuje ostrza przyszłości. Kobiety ciągle skłonne są akceptować ten stan rzeczy.
Potrzeby zapowiadają wysysanie energii. Cierpienie, nerkami, kanałami kręgosłupa
w pęczniejące węzły chłonne. Przepływa powyżej chrząstki tarczowatej. Mięso z kością chwiejnie człapie po ziemi. Wielkie napięcie drażni telomery. Gruby pień smugi gdzieś
z okolic Obłoków Magellana. Zawisł sznur biały jak gryka na słupie drewnianym. Decydent anonsuje, nie odbiera. Ograniczający Cohsai we mnie. Opuszczający więzienie ciała.
Kto oddycha, je i wydala. W kim przejawia się ego. Kto jest canis lupus albo blatta orientalis. Manifestacje oporów w objętości tkanek. Jak pożądanie w biurach do spraw partycypacji społecznej. Teraz będzie trzeci i czwarty i piąty orgazm, dwieście stanów świadomości na dobę. Sto pięć schodów do góry razy dziesięć. I znowu pot na schodach kręgosłupa w dół.
To krew pierwszego miesiąca. Dominujące ego. Nie mija dziesięć godzin i Cohsai ma to
z powrotem.
Znów dała ponieść ją ego. Aby rozpuścić się, zostawia żebra, kręgosłup i większe kości. Miesza z garścią włosów. Dodaje uważność i ból. Jeszcze splątanie. Doświadczenie rzeczywistej impedancji. Gdy o dziewiętnastej dwadzieścia osiem pozbywa się ciała, zanika opór umysłu. Przez Cohsai. Poza werbalną wiedzę, odchodzi jej czteroletnia córka i wolność. Psy ich rąk. Całe życie. Którego nigdy nie było.